Słowo Boże – XXIX Niedziela Zwykła „C”

PIERWSZE CZYTANIE (Wj 17, 8-13)

Mojżesz wyprasza zwycięstwo nad Amalekitami

Czytanie z Księgi Wyjścia.
Amalekici przybyli, aby walczyć z Izraelitami w Refidim.
Mojżesz powiedział wtedy do Jozuego: «Wybierz sobie mężów i wyruszysz z nimi na walkę z Amalekitami. Ja jutro stanę na szczycie góry z laską Boga w ręku». Jozue spełnił polecenie Mojżesza i wyruszył na walkę z Amalekitami. Mojżesz, Aaron i Chur wyszli na szczyt góry.
Jak długo Mojżesz trzymał ręce podniesione do góry, Izrael miał przewagę. Gdy zaś ręce opuszczał, miał przewagę Amalekita. Gdy ręce Mojżesza zdrętwiały, wzięli kamień i położyli pod niego, i usiadł na nim. Aaron i Chur podparli zaś jego ręce, jeden z tej, a drugi z tamtej strony. W ten sposób aż do zachodu słońca były jego ręce stale wzniesione wysoko. I tak zdołał Jozue pokonać Amalekitów i ich lud ostrzem miecza.

PSALM RESPONSORYJNY (Ps 121 (120), 1-2. 3-4. 5-6. 7-8)

Wznoszę swe oczy ku górom: *
skąd nadejść ma dla mnie pomoc?
Pomoc moja od Pana, *
który stworzył niebo i ziemię.

On nie pozwoli, by się potknęła twa noga, *
ani się nie zdrzemnie Ten, kto ciebie strzeże.
Nie zdrzemnie się ani nie zaśnie *
Ten, który czuwa nad Izraelem.

Pan ciebie strzeże, *
jest cieniem nad tobą,
stoi po twojej prawicy. *
Nie porazi cię słońce we dnie +
ani księżyc wśród nocy.

Pan cię uchroni od zła wszelkiego, *
ochroni twoją duszę.
Pan będzie czuwał nad twoim wyjściem i powrotem, *
teraz i po wszystkie czasy.

DRUGIE CZYTANIE (2 Tm 3, 14–4, 2)

Wszelkie Pismo natchnione jest pożyteczne do kształcenia w sprawiedliwości

Czytanie z Drugiego Listu świętego Pawła Apostoła do Tymoteusza.
Najdroższy:
Trwaj w tym, czego się nauczyłeś i co ci zawierzono, bo wiesz, od kogo się nauczyłeś. Od lat bowiem niemowlęcych znasz Pisma święte, które mogą cię nauczyć mądrości wiodącej ku zbawieniu przez wiarę w Chrystusie Jezusie. Wszelkie Pismo od Boga jest natchnione i pożyteczne do nauczania, do przekonywania, do poprawiania, do kształcenia w sprawiedliwości, aby człowiek Boży był doskonały, przysposobiony do każdego dobrego czynu.
Zaklinam cię wobec Boga i Chrystusa Jezusa, który będzie sądził żywych i umarłych, i na Jego pojawienie się, i na Jego królestwo: głoś naukę, nastawaj w porę, nie w porę, w razie potrzeby wykaż błąd, poucz, podnieś na duchu z całą cierpliwością, ilekroć nauczasz.

EWANGELIA (Łk 18, 1-8)

Wytrwałość w modlitwie

Słowa Ewangelii według świętego Łukasza.
Jezus opowiedział swoim uczniom przypowieść o tym, że zawsze powinni się modlić i nie ustawać: «W pewnym mieście żył sędzia, który Boga się nie bał i nie liczył się z ludźmi. W tym samym mieście żyła wdowa, która przychodziła do niego z prośbą: „Obroń mnie przed moim przeciwnikiem”. Przez pewien czas nie chciał; lecz potem rzekł do siebie: „Chociaż Boga się nie boję ani się z ludźmi nie liczę, to jednak ponieważ naprzykrza mi się ta wdowa, wezmę ją w obronę, żeby nie przychodziła bez końca i nie zadręczała mnie”».
I Pan dodał: «Słuchajcie, co ten niesprawiedliwy sędzia mówi. A Bóg, czyż nie weźmie w obronę swoich wybranych, którzy dniem i nocą wołają do Niego, i czy będzie zwlekał w ich sprawie?
Powiadam wam, że prędko weźmie ich w obronę. Czy jednak Syn Człowieczy znajdzie wiarę na ziemi, gdy przyjdzie?».

ROZWAŻANIE

Wznoszę swe oczy ku górom:

 

Wędrujemy przez świat.

W zależności: idziemy, biegniemy, czołgamy, leżymy.

Widzimy, spostrzegamy i obserwujemy.

Słyszymy i słuchamy.

Wreszcie myślimy, czujemy i mówimy. Rozmawiamy.

Wędrujemy żyjąc. Relacjonując, oceniając, walcząc, zdobywając, pokonując, ciesząc się i płacząc.

Kochając?

Wędrujemy, tworząc opinie i oceny, mając światopogląd. Sposób myślenia. Dowiadując się. Rozmyślając. Wiedząc. Mając świadomość i potrzebę. Rozumiejąc.

Wędrujemy. Nie bez końca. Nie bez celu. Nie bez sensu.

Wędrujemy, by dotrzeć. By dojść lub dobiec. Doczołgać się.

Ważne, by wędrować aktywnie. Nie czekając na mannę z nieba. Na zbawienie.

Należy wędrować oczekując, pragnąc, szukając, odkrywając, tęskniąc.

Wędrujemy za kim, być może za czym? Z jakim zamiarem i celem?

Wędrujemy, wsłuchując się tylko w swoje ja? Żyjąc własnym światem?

Spełniając swoje marzenia. Dążąc do własnego dobra.

Idąc z wyprostowaną głową i zadartym nosem.

Idąc przykulonym, na palcach.

Bez wiary. Bez modlitwy.

Bez miłości.

Bez szans zbawienia.

Mając “krzyż pański”. Bez krzyża w sercu.

Nie dając szans.

Bogu.

Skazujemy się na piekło.

Rozgoryczenie. Wieczny żal. I potępienie.

Zawędrowanie w to miejsce, które inaczej reklamowano w naszym świecie.

Bo zawędrować do najbardziej ubogiego miejsca. Ubogiego w miłość.

Miejsca bez obecności najważniejszego człowieka. Bez Jezusa.

Niefajna ta perspektywa.

Dobrze, że jesteśmy w trakcie wędrowania, bo możemy jeszcze odnaleźć tę właściwą drogę, właściwą optykę patrzenia na świat i ludzi, właściwą sposobność bytowania, życia i miłowania.

Mamy szansę…

Dać szansę!

Bogu.

 

Bo podczas wędrówki, jedynej i niepowtarzalnej, często co robię?

Wznoszę swe oczy ku górom:

No tak.

Wznoszę i wznoszę. Patrzę się. Niepewnie spoglądam. Wpatruję. Gapię się.

Ku górom. Bo po co patrzeć w dół. Wpatrywać się w ziemię. W glebę.

Zawsze patrzysz przed siebie. Rozglądasz się. Spoglądasz w niebo. Na chmury. Wystawiasz twarz na słońce. Lub podziwiasz pełnię księżyca.

Tak się przyjęło, że wszystko co piękne i wartościowe, o co warto walczyć, do czego dążyć, jest tam. Wysoko. Na górze. Szczyt. To jest punkt odniesienia dla naszych ambicji i marzeń, pragnień i zabiegów. Działań. A więc twórczego życia.

Ku górze! Jak mawiał bł. Piotr Jerzy Frassati.

“Mierzysz wysoko” prawda?

Nie, ja tylko wspinam się na parter.

Tak, jadę windą do nieba.

Co z tych dwóch zdań wybierzemy?

Tak. Wspinam się na górę, pragnąc nie tylko osiągnąć szczyt, ale coś jeszcze wyżej. Niebo.

Żyć tak, by osiągnąć szczyt ludzkiej doskonałości, a więc Świętość!

Jak się zostaje świętym?

Kochając. Miłość to prosta sprawa, a jakże wielowymiarowa, niepojęta i niezbadana. Można ją tłumaczyć na wiele języków i sposób, i wciąż definicja niepełna.

Miłość mi wszystko wyjaśniła… jak pisał św. JPII.

 

Czy nam, Drodzy Bracia i Siostry, miłość wszystko wyjaśnia, rozjaśnia?

Że możemy ją uwielbiać, gdziekolwiek by przebywała?

 

Wnosić swe oczy ku górze, to też wołać z wyrzutem:

skąd nadejść ma dla mnie pomoc?

 

Jak ta ewangeliczna WDOWA.

Wołamy:

Obroń mnie przed moim przeciwnikiem!

I wołamy dalej.

I głośniej, i bardziej. I częściej. Bez wytchnienia. Bez nadziei?

Nic już nam nie pozostało innego. Nie mamy alternatywy.

Wołamy natarczywie, uparcie, nachalnie. Niekulturalnie.

I jaką wiadomość otrzymujemy?

Pan ciebie strzeże,
jest cieniem nad tobą,
stoi po twojej prawicy.
Nie porazi cię słońce we dnie
ani księżyc wśród nocy.

A więc naszym cieniem jest obecność Boga samego. Stwórcy.

On nie pozwoli, by się potknęła twa noga,

Aż tak?

Bez przesady.

Niech pomoże choć czasem, choć trochę.

Tu takie zapewnienia, a w rzeczywistości bez pokrycia.

Czy Bóg jest oszustem?

No cóż. Gdy nie otrzymujemy tego, o co prosimy, gdy nie dostrzegamy znaku i pomocy, gdy nie spełnia naszych marzeń i szczerych pragnień, gdy nie uzdrawia, nie znajduje, gdy nie zmienia.

Gdy nasze modły, prośby nie zostają wysłuchane pewnie tak myślimy o Nim. Pewnie zaczynamy wątpić, żeby to wszystko miało sens.

Albo najzwyczajniej w świecie odchodzimy obrażeni i odpowiadamy brakiem na brak, głuchą ciszą na ciszę.

I mamy Boga za takiego złego sędziego:

Przez pewien czas nie chciał;

Nie chciał pomóc, wysłuchać. I koniec.

I tak stworzenie pozbawia swego Stwórcę tej życiodajnej cząstki, boskiej. Miłości.

I co wtedy? Bez próśb, wołań Amalekici pokonaliby Jozuego. Nawet mimo jego szczerych chęci i wytężonej walki, doskonałego oręża, bez podniesionych rąk Mojżesza na nic by się zdało ludzkie wysilanie.

To fakt, czasem potrzeba nam takiego Aarona i Chura, żeby podtrzymali, wsparli, gdy dopadnie zmęczenie, powątpiewanie.

Mojżesz, Aaron i Chur wyszli na szczyt góry. Jak długo Mojżesz trzymał ręce podniesione do góry, Izrael miał przewagę.

Czasem w naszym życiu nie wszystko tak ładnie widać jak z tego szczytu. Nie wszystko jest klarowne, łatwe do zauważenia. Ale to nie oznacza, że walka się nie toczy dalej. Że siły przeciwnika ustały w natarciu. Że my opadliśmy z sił i poddaliśmy się. Że nie ma co patrzeć w górę, liczyć na tych ze szczytu.

Liczmy na siebie.

Bo chcemy mieć przewagę. Nie tylko w teorii, ale i w praktyce. Chcemy zwyciężać. Ale czy w walce duchowej łatwo określić ring, przeciwników, zwycięzców, długość i rodzaj walki, czas i miejsce?

Dlatego, człowieku, nie licz na siebie!

Posłuchaj dalej Psalmisty:

Pan cię uchroni od zła wszelkiego,
ochroni twoją duszę.

A więc Twoja dusza zazna dzieła zbawienia.

To, co w tobie niezniszczalne i nieśmiertelne, zostanie ocalone. Będzie żyło wiecznie, w szczęściu i zdrowiu.

Bo On:
…będzie czuwał nad twoim wyjściem i powrotem,

Jest przy narodzinach i przy umieraniu. Przy wychodzeniu z raju i przy powrocie. Stwarza z miłości i oddala z miłości. Ku wolności. Ku zmaganiu. Ku zadośćuczynieniu. Ku zasłużeniu i zwycięstwu. I trwa jak cień. Obok. Ochrania. I oczekuje na powrót, z tęsknotą, z miłością.

Jeżeli tylko w wolności nie odwrócisz się od Niego. Jeżeli tylko będzie oczekiwał Jego pomocy i ochrony. Jeżeli tylko dostrzeżesz Jego cień. Miłość.

Jeżeli będziesz faktycznie wędrował zgodnie z Jego wytycznymi to dojdziesz do upragnionego celu.

Jeżeli dasz Mu szansę!

Dlatego św. Paweł wyraźnie pisze do Tymoteusza, jak i do każdego z nas:

Trwaj w tym, czego się nauczyłeś i co ci zawierzono,

Trwaj. I wytrwaj.

Ale w czym?

Kiedy mało wiemy, niezbyt dużo nauczyliśmy się, przeczytaliśmy i wysłuchaliśmy, niezbyt dużo dowiedzieliśmy się. W ogóle za mało szukaliśmy i pragnęliśmy poznać.

To skąd mamy widzieć, co nam zawierzono?

Jak możemy ocalić coś, kiedy nie wiemy, że jest bezcennym okazem?

Jak możemy ocalić kogoś, kogo nie kochamy, a bardziej nie znamy?

Dlatego dobrze, że są wśród nas ci, którzy poznali Pisma święte i są świadomi. I dzielą się tą wiedzą, nauczają i przestrzegają. Tak by nikt nie okazał się straconym. Dlatego słuchajmy kapłanów, kaznodziejów, którzy wypełniają słowa Apostoła Narodów:

Wszelkie Pismo od Boga jest natchnione i pożyteczne do nauczania, do przekonywania, do poprawiania, do kształcenia w sprawiedliwości, aby człowiek Boży był doskonały, przysposobiony do każdego dobrego czynu.

Bo chodzi właśnie o ten DOBRY CZYN.

Za mało go w naszym świecie, za mało jego nadawców i adresatów. Za mało jego właścicieli, zainteresowanych, propagatorów, chętnych.

Mamy poznawać Słowo Boga, by wiedzieć i więcej rozumieć, dostrzegać, uwrażliwiać i pomagać. By być przysposobionym, tak jakby zaadoptowanym przez Dobry Czyn.

Bo stracić życie na dobrym czynie, to zachować je.

Nawet jeżeli ten wspominany dobry czyn to zwykła nauka pacierzu, podstawowych prawd Bożych, właściwe wychowanie dziecka, przekazanie mu wiary.

Pamiętaj!

głoś naukę, nastawaj w porę, nie w porę, w razie potrzeby wykaż błąd, poucz, podnieś na duchu z całą cierpliwością, ilekroć nauczasz.

To ważne, by nie pozostawiać błądzących w ich beznadziei. Bo Bóg zawsze daje nadzieję. I taka musi być nauka słowa Bożego.

Nie może się kończyć na samym wytykaniu błędów i grzechów, na sprawiedliwości Bożej i potępieniu. Nauka ta daje zawsze realne rozwiązanie, wyjście z sytuacji, a więc pociechę, wsparcie. I tym samym siłę do oderwania się od zła i wspinaniu się na szczyt człowieczeństwa.

W porę i nie porę.

Tak naprawdę, w naszym świecie i życiu, nigdy nie jest czas, nigdy nie jest właściwa pora na naukę Jezusa. Na Boga i Jego Miłość.

To paradoksalne. Ale prawdziwa miłość to zobowiązanie do wytrwania i bycie za to odpowiedzialnym. Swoiste przymierze. Zwieńczone tęczą.

Dużo w obecnym czasie tęczowych flag. Zakrzywiających prawdę, tak by to ona dopasowała się do świata człowieka. A Prawdą nie jestem ja czy ty, lecz Człowiek-Chrystus. Tak i tęcza bez jednego koloru nie jest prawdziwym biblijnym przymierzem. I wykorzystywanie tak wzniosłego symbolu do swoich niecnych pragnień i postulatów jest obrazą dla samego Boga i wszystkich w niego wierzących.

Ale dobrze. Ważne, że:

Żywe jest słowo Boże i skuteczne, zdolne osądzić pragnienia i myśli serca.

 

Kto odrzuca słowo Boga, ten odrzuca Prawdę i Miłość. A na to nie może być zgody ludzi Kościoła. Czy to kapłanów, czy to małżeństw i rodziców.

 

Bóg nie jest krewnym sędziego z dzisiejszej Ewangelii. I nie mówi:

wezmę ją w obronę, żeby nie przychodziła bez końca i nie zadręczała mnie.

Bóg nie robi nic z przymusu, nic na odczepkę. Byle mieć “święty spokój”

Bóg daje pokój. Sam jest Pokojem.

A więc pomaga prędzej niż nam się to wydaje…

I Pan dodał: „Słuchajcie, co ten niesprawiedliwy sędzia mówi. A Bóg, czyż nie weźmie w obronę swoich wybranych, którzy dniem i nocą wołają do Niego, i czy będzie zwlekał w ich sprawie? Powiadam wam, że prędko weźmie ich w obronę.

 

Jednak co ważne w tym wszystkim? MODLITWA>

Jej jakość, niekoniecznie długość. Nie liczba odczytanych modlitw, wypowiedzianych hurtem, rutynowo, bez zastanowienia. Takie byle jak. Żeby nie było, że nie prosiłem. Ale i tak w duchu wiem, że nic z tego. Rozpraszani, bez możliwości skupienia, wyciszenia, spojrzenia w głąb siebie.

Modlitwa to już sama gotowość do niej. Pragnienia same się modlą. Te szczere, czyste, dobre. Modlitwa to stan wewnętrznego skupienia myśli, oddechu, bicia serca. Modlitwa to cisza, tak aby Bóg mnie usłyszał i abym ja mógł usłyszeć Jego głos. Cisza, przez którą wołam z tego padołu łez, nieustannie. Naprawdę aktywnie, z pełną determinacją i WIARĄ. Że On mnie słucha i wysłucha. Jestem pewien dobroci Bożej, a więc wiem, że spełni moją prośbę. Modlitwa to miłość, umiłowanie Tego wszechmocnego Adresata. To brak powątpiewania i zażaleń. Modlitwa to coś więcej. A wciąż tak mało. Modlitwa to złączenie się duchem z Duchem. Modlitwa całym sobą! Odważna, nie na pokaz. Prawdziwa, nawet w ciemnościach. Nawet pretensjonalna. Ale moja. Do Niego. Najwyższego. Modlitwa to ściąganie całego Nieba do siebie, na ten moment, na tę chwilę. Ku ważnemu wydarzeniu, ku własnej prośbie, potrzebie.

Modlitwa to sen dla świata, zatopienie w oceanie dialogu, bycie RAZEM.

Modlitwa serc.

Modlitwa pokory i uniżenia przed majestatem Sędziego Sprawiedliwego, ale też Miłosiernego.

Gdy spoglądamy w górę to nie po to, by sprawdzić czy pada deszcz. Ale tęskniąc, pragnąc, znając cel wędrówki westchnąć do Boga. Do Kogoś, kto mnie przerasta. Kto jest większy ode mnie. Który przenika i zna mnie.

Świadomość nieba, do którego się dąży, a którego jeszcze się nie ma, to nic innego jak bycie ewangeliczną wdową. Bezbronną, wystawioną na próbę, zostawioną samą sobie. Pozornie. Zależną, Naprzykrzającą się. Nic nie znaczącą. Niewidoczną dla świata. Każdy człowiek ma status wdowy, która by żyć godnie i w pełni, musi prosić i błagać swojego jedynego Wybawiciela. Bierzmy z niej przykład, bo robi to skutecznie.

Zanim się poddamy w modłach, to przypomnijmy sobie tę wdowę. I walczmy wzniesionymi rękami ku górze. Do nieba.

 

Wspaniale w dzisiejsze słowo Boga wpisują się słowa świętego Jana Pawła:

Do Ciebie, o Chryste, nasze życie i nasz przewodniku, niech się zwróci każdy, kogo dręczy pokusa zniechęcenia i rozpaczy, aby usłyszeć przesłanie nadziei, która nie zawodzi.

Nasz optymizm opiera się przede wszystkim na przekonaniu, że towarzyszy nam nieustanna pomoc Boża, której nigdy nie zabraknie temu, kto pokornie i z ufnością o nią prosi.

Jeżeli człowiek uznaje swoją słabość i niemoc wobec zła, a równocześnie ufa mocy Boga, odniesie zwycięstwo. Miłosierny Bóg będzie jego „mocą” i „warownią”, „osłoną” i „wybawcą”.

 

Więc w mroku jest tyle światła,
ile życia w otwartej róży,
ile Boga zstępującego
na brzegi duszy.

 

Podsumowując, można by rzec, że owocem wiary jest modlitwa. Bo trzeba wierzyć w Boga, by chcieć i móc Go o coś prosić.

To prawda.

Jednak przewracając to stwierdzenie do góry nogami można zacytować przyjaciółkę Polaka-Papieża, Matkę Teresę:

Owocem ciszy jest modlitwa.

Owocem modlitwy jest wiara.

Owocem wiary jest miłość.

Owocem miłości jest służba.

Owocem służby jest pokój

 

Czytamy, że owocem modlitwy jest wiara.

Więc kto ma rację?

Jedno i drugie jest prawdą. Bowiem, by prosić, trzeba wiedzieć, kogo się prosi. Ale jest też ta druga perspektywa.

Ciszy, w której jesteśmy sami. Tylko ja. Tylko ja i On. W końcu nawiązuje się dialog, wewnętrzna mowa. A więc modlitwa. Pragnienie serca. Bóg wie, co to znaczy. I ile ono dla Niego znaczy. Dlatego jest też tak, że w trakcie modlitwy czujemy tę obecność, to, że jesteśmy słuchani. Że to nie monolog. Nie gadanie do ściany. Albo wtedy, gdy prośba nasza zostaje wysłuchana. Może to być bardzo drobna rzecz, ale dla nas ważna. I co wtedy? I właśnie wtedy rodzi się ta prawdziwa WIARA, wiara ze słuchania i ze spotkania. W spełnieniu, w odpowiedzi, w znaku. Ta jest dojrzalsza, pewniejsza, mocniejsza. Takie uniesienie pośród codziennego marazmu. Stąd zaczynamy kochać, bardziej miłować. A gdy miłujemy to pełnimy służbę. Służbę, która niesie pokój światu. Czyli Chrystusa.

Te naczynia powiązane, ta swoista kaskada jest piękna!

Ale.

Czy jednak Syn Człowieczy znajdzie wiarę na ziemi, gdy przyjdzie?

 

Będzie szukał takich wdów naprzykrzających się, błagających w porę i w nie porę. Czy znajdzie wiarę?

Wszyscy uznajemy się za ludzi wierzących, ludzi modlących się.

Głupio by było, gdy przeszedł obok nas, bez zatrzymania i bez zauważenia…

 

+

 

W tym Tygodniu Kęty rządzą. Wspominamy bowiem:

 

Jana Kantego. Z Kęt. Świętego Polaka, urodzonego niedaleko Oświęcimia. Uczony. Profesor. Filozof. Teolog. Wykładowca na Akademii Krakowskiej. Jej Rektor. Kapłan i kaznodzieja. Proboszcz, wychowawca seminarzystów i kanonik. Kantor, a więc związany również z muzyką kościelną. Wytrwale przepisujący rękodzieła wielkich autorów Kościoła. Kilkukrotny pielgrzym do Rzymu. Niezwykle wrażliwy na biedę innych, szczególnie studentów. Pełniący czyny miłosierdzia. Aż do własnego ubóstwa i niedomagania. Zapoczątkował codzienne odkładanie części posiłku profesorów dla jednego biednego. Pewnego razu w profesorskiej jadalni spożywał posiłek, oznajmiono mu, że przyszedł żebrak. „Chrystus przyszedł” – zawołał Mistrz Jan i zaprosił biedaka do stołu, dzieląc z nim swój skromny posiłek. Znana była Jego wielka dbałość o studentów, szczególnie zaś o ich życie duchowe. Jeśli dowiedział się, że ktoś schodzi na złą drogę, często osobiście interweniował, co znalazło swój obraz w średniowiecznym Miraculum o św. Janie, które podaje, że nawet po śmierci, co jakiś czas pojawiała się ręka Mistrza ze świecą i wędrowała po ulicach Krakowa, prowadząc żaka, który zgubił drogę mądrości.

Człowiek niezwykłej pobożności i żywej wiary. Działał również duszpastersko, rozprzestrzeniał kult Eucharystii.

Była to niezwykła postać uczonego, który wiedzę zamieniał w mądrość, a nade wszystko umiłował Prawdę, w której odkrył Chrystusa.

Zmarł w wigilię Bożego Narodzenia. Niezwykły patron studentów i uczonych. Skuteczny orędownik. Dużo pracuje, nadal… Na nasze szczęście. Warto odwiedzić go w Kolegiacie Św. Anny w Krakowie, jego piękną Konfesję.

 

Kaspera del Bufalo. Świętego Włocha. Urodzony w książęcym pałacu jako syn kucharza. Dzięki mamie uzyskał dobre wykształcenie i porządne wychowanie. Uczył się u pijarów. Rozpoczął studia teologiczne w Rzymie. Pragnął wyjechać na misje na wzór Franciszka Ksawerego. Jednak papież miał dla niego inną posługę, misje ludowe we Włoszech. W czasach napoleoński zesłany za nieposłuszeństwo. Po klęsce francuskiego wodza powrócił do rodzimego miasta i rozpoczął swoje misje. Pełnił wielką posługę, w sposób wybitny i zaskakujący. Odtąd nazywany “małym apostołem Rzymu” bowiem jego nauki to wielkie duchowe trzęsienie ziemi. Założył Zgromadzenie Misjonarzy Krwi Pańskiej. Wzięty do nieba podczas epidemii cholery.

 

Jana Pawła II. Świętego. Papieża. Polaka Karola Wojtyłę. Gdyby chcieć opisać całą jego biografię zajęłoby to większą część tego rozważania. Dlatego zostawiam nas ze słowami samego świętego. Jedynie, co mogę dodać, to Kochamy Cię Ojcze Święty. Wciąż nieustannie. Jednak to za mało. Słowa nie wystarczą. Potrzeba odkrywania Cię na nowo. Poznawania Twojego nauczania, encyklik, listów, homilii. By czerpać z Twojego i naszego dziedzictwa. Byśmy, dzięki Tobie, nauczyli się kochać Polskę, świat cały. Kościół i kapłanów. Rodziny. Byśmy uczyli się w Twojej szkole modlitwy i zawierzenia. Byśmy byli godnymi Ciebie rodakami, spadkobiercami i apostołami Cywilizacji Życia. Byśmy nie podcinali swoich chrześcijańskich korzeni. Byśmy pozostali wewnętrznie wolni od grzechu, pracując na czystość obyczajów. Byśmy byli klarowni i spójni w myślach, słowach i czynach. A więc, wymagajmy. Od siebie najwięcej! Bo tylko dziś jest nasze.

 

Wiara i rozum są jak dwa skrzydła, na których duch ludzki unosi się ku kontemplacji prawdy.

 

Pragnienie, by żyć lepiej, nie jest niczym złym, ale błędem jest styl życia, który wyżej stawia dążenie do tego, by mieć, aniżeli być, i chce mieć więcej nie po to, aby bardziej żyć, lecz by doznać w życiu jak najwięcej przyjemności.

 

Troska o dziecko (…) jest pierwszym i podstawowym sprawdzianem stosunku człowieka do człowieka

 

Młodych pociągają wymagania i wysokie ideały.

 

Jeśli ktoś lub coś każe ci sądzić, że jesteś już u kresu, nie wierz w to! Jeśli znasz odwieczną Miłość, która Cię stworzyła, to wiesz także, że w Twoim wnętrzu mieszka dusza nieśmiertelna. Różne są w życiu „pory roku”: jeśli czujesz akurat, że zbliża się zima, chciałbym abyś wiedział, że nie jest to pora ostatnia, bo ostatnią pora Twego życia będzie wiosna: wiosna zmartwychwstania. Całość twojego życia sięga nieskończenie dalej niż jego granice ziemskie: Czeka cię niebo

 

Tylko On może uciszyć lęk człowieka. Patrzcie na Jezusa głębią waszych serc i umysłów! On jest waszym nieodłącznym przyjacielem.

 

Czuwam – to znaczy : miłość bliźniego – to znaczy: podstawowa międzyludzka solidarność.

 

Jeżeli cokolwiek warto na świecie czynić, to tylko jedno – miłować.

 

 

Józefa Bilczewskiego. Świętego Polaka. Arcybiskupa lwowskiego. Urodził się w Wilamowicach, blisko znanych już Kęt. Uczył się w Wadowicach, a następnie w Krakowie. Ukończył z wybitnymi wynikami teologię i filozofię. Został kapłanem. Kształcił się dalej, w Wiedniu, Rzymie i Paryżu. Został profesorem na Uniwersytecie Lwowskim. Z czasem pełnił funkcję rektora. Odznaczał się niewiarygodnymi zdolnościami zapamiętywania przeczytanych tekstów. W końcu został arcybiskupem obrządku łacińskiego. Powołał kilkaset obiektów sakralnych na terenie urzędowania, z monumentalną świątynią św. Elżbiety we Lwowie. Pamiętał i wspomagał swoją rodzinną miejscowość. Jego idolem był bł. Jakub Strzemię, którego wspomnienie obchodzimy parę dni wcześniej. Abp głosił pogląd, że sama praca w kościele nie wystarcza, że należy do niej dołączyć pracę społeczną dążącą do oświecenia i poprawy bytu materialnego parafian oraz do usunięcia wszelkiego rodzaju nadużyć, którym ulegały środowiska ekonomicznie słabsze. W celu przygotowania księży do tej akcji organizował w swoim pałacu we Lwowie specjalne kursy społeczne. Wybudował dla stowarzyszeń katolickich (z własnych funduszy i subwencji sejmu) Dom Katolicki we Lwowie. Zajmował się pomocą dla studentów, szkół ludowych, środowisk robotniczych, wspomagał materialnie ubogich. Dla nich w czasie I wojny światowej był moralnym i materialnym oparciem. Dzięki niemu w 1907 przybyli na ziemie polskie pallotyni. Był ogromnym propagatorem kultu Matki Bożej Częstochowskiej jako Królowej Polski, dzięki której Polacy jako naród potrafili przetrwać lata zaborów. To dzięki jego inicjatywie Maryja Częstochowska otrzymała złote korony od papieża, a nie od cara. Uzyskał zgodę na święto MB Królowej Polski. Zmarł na anemię złośliwą. Pochowany pośród ubogich. Papież Pius XI nazwał go jednym z największych Biskupów Świata.

Contardo Ferriniego. Błogosławionego Włocha. Od lat nastoletnich świadomie włączał się w życie wspólnotowe Kościoła. Został Tercjarzem franciszkańskim. Ukończył prawo. Wykładowca na licznych uniwersytetach. Naukowiec. Człowiek wiernej modlitwy i miłosierdzia. Podobno będąc na uroczystym bankiecie, znudzony, zaczął modlitwę różańcową, zapraszając do wspólnej modlitwy pozostałych gości. Zmarł na tyfus, w wieku 43 lat, w opinii świętości.

 

Bernarda Calvo. Świętego Hiszpana. Pochodził z arystokratycznej rodziny. Świetnie wykształcony, już w młodym wieku pracował jako prawnik w kurii archidiecezjalnej. W końcu wstąpił do cystersów. Dzięki pobożności i mądrości szybko został opatem. I biskupem Vich. Mianowany inkwizytorem w walce z heretykami. Daną funkcję pełnił z ogromnym zapałem i skutecznością. Przystąpił do krucjaty rekonkwisty.

 

Celinę Chludzińską- Borzęcką. Błogosławioną Polkę. Urodzona w majątku ziemskim na terenie dzisiejszej Białorusi. Od dzieciństwa odznaczała się żywą wiarą. Dobrze wykształcona i wychowana. Pragnęła wstąpić do wizytek, jednak za namową rodziców i spowiednika wyszła za mąż. Została matką czwórki dzieci. Prowadziła działalność charytatywną w majątku. Pomagała powstańcom styczniowym, za co została uwięziona w Grodnie, wraz z malutką Jadzią. Kilka lat później jej mąż, Józef, został sparaliżowany. Poszukując skutecznego leczenia rodzina wyjechała do Wiednia. Jednak mąż nie wyzdrowiał, a Celina została wdową. Wraz z dwoma córkami zamieszkała w Rzymie. Tam weszła w relacje ze zmartwychwstańcami. Odżyły w niej dawne pragnienia wstąpienia do zakonu. Postanowiła założyć odłam żeński tego zgromadzenia, wraz ze swoją młodszą córką, Jadwigą. Po wielu przykrościach i niepowodzeniach uzyskała zgodę papieża. I tak rozpoczęła pracę nauczania i wychowania chrześcijańskiego dziewcząt. Gałąź rozwijała się dynamicznie. Niespodziewanie jednak, zmarła jej córka, współzałożycielka. Był to dla Celiny wielki cios jako dla matki i przełożonej, tracąc swoją przyszłą kontynuatorkę. Dzięki oparciu w Bogu umiała znieść tę tragedię i przyjąć wolę Ojca. Po kilku latach została pochowana obok córki, w Kętach.

 

+

Obok nich Jezus na pewno nie przejdzie obojętnie.

Bo dzięki nim znajdzie wiarę na ziemi.

 

Oni wszyscy nam machają i wołają:

POZDRAWIAMY ZE SZCZYTU!

Nie martwcie się.

Jesteśmy Was blisko. Modlitwa to czas i miejsce spotkania oraz działania.

A my machamy do Was, łączymy się z Wami we wspólnej modlitwie.

Szczególnie tej różańcowej, w której przewodniczy Królowa wszystkich świętych, Matka Boża!

 

 

Drodzy Bracia, Drogie Siostry!

Parafianie, a w szczególności Solenizanci i Jubilaci,

Pięknego Tygodnia.

Wychwalajmy Pana Boga za tę piękną październikową pogodę!

Bądźmy wierni. Bądźmy ludźmi modlitwy, wołania w porę i w nie porę!

Nie bójmy się braku sprzyjających wiatrów.

On sam nam zawieje.

+

Z Panem Bogiem,

W sercu i na ustach.

 

M.P.